WSPOMNIENIA  O 

BRACIE  ZENONIE

Czarnia i Gmina Czarnia
Prywatne Muzeum Kurpiowskie w Wachu
Frywolitki i sztuka Laury Bziukiewicz
Kurpiowska Puszcz Zielona
Forum Puszcz Zielona
Bursztyn na Kurpiach
Kurpiowska Biżuteria
Kurpiowskie ozdoby Wielkanocne
Google
kurpie.com.pl internet
Muzeum Kurpiowskie w Wachu
Kurpiowskie zdoby na Bożenarodzenie
Galeria/Foto - Kurpie Kurpiowska Puszcz Zielona

.

Webmaster: Zdzisław Bziukiewicz

tel. 0607-676356

 

Dalsze rozpowszechnianie materiałów opublikowanych  w www.kurpie.com.pl jest zabronione bez zgody właściciela. Podstawa prawna: art. 25 ust. 1 pkt 1 b ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

 

Copyright kurpie.com.pl / Zdzisław Bziukiewicz 2007

Czarnia i Gmina Czarnia

Kadzidło * Myszyniec * Baranowo * Lelis * Łyse * Czarnia* Zbójna * Turośl * Krasnosielc * Olszewo Borki * Nowogród* Chorzele* Kolno* Jednorożec* Rozogi

Nazywam się Witold Kuczyński. Urodziłem się 15. 07. 1961 r. w Długiem gm. Czarnia, w rodzinie chłopskiej. Matka Franciszka z domu Kuta, urodzona w Bandysiach, po dość wczesnej śmierci obojga jej rodziców, od dzieciństwa mieszkała w Długiem u starszej siostry Marianny, która była już mężatką w rodzinie Zyśków.

Zyśki uznawani byli przed wojną za jednych z bogatszych gospodarzy we wsi, ponieważ mieli ponad 20 ha. ziemi, co przy średniej wiejskiej ok. 3 ha. było bardzo dużym gospodarstwem. Mechanizacja była wówczas bardzo słaba, wszystko trzeba było wypracować rękami. Rąk do pracy w tej rodzinie było mało wiec mama ciężko tam pracowała.

Ojciec rodak z Długiego pochodził z biednej rodziny rolniczej.

Rodzice pobrali się jako wdowiec i wdowa w wieku 39 lat [ obydwoje urodzili się w1918r.].Ich małżonkowie umarli przedwcześnie na gruźlicę. Ja przyszedłem na świat dopiero za  trzy lata po ślubie. Rodzice bardzo cieszyli się z moich szczęśliwych narodzin, ponieważ mama miała problemy zdrowotne a i wiek 42 lata , to już duże ryzyko normalnego porodu, ale z Bożą pomocą rozwiązanie było szczęśliwe.

Wyrastałem w ciepłym rodzinnym gniazdku pod czułym i troskliwym okiem kochających rodziców, którzy sami wychowywani byli w tradycyjnych rodzinach, gdzie szanowało się wiarę, rodziców i pracę. Te same wartości wpajali i mnie już od dziecka.

Rodzinę moją szanowano we wsi za szczerość, życzliwość, uczynność i oddanie w sprawach dotyczących społeczności lokalnej. Odkąd tylko pamiętam w naszym domu było zawsze pełno ludzi. Odwiedzali nas często sąsiedzi, rodzina, bliżsi i dalsi znajomi. W przyjemnej atmosferze rozmawiali o starych dziejach, polityce i sprawach bieżących. Przychodzono również do ojca z różnymi problemami po porady, ponieważ był on uważany we wsi za mądrego człowieka. Ojciec był oczytany, bardzo dużo czytał książek i gazet. Jako pierwszy we wsi kupił radio, magnetofon i telewizor. Wiedział co się dzieje w świecie, na bieżąco orientował się w polityce, znał urzędników w gminie i w powiecie, wiedział też jak z ludźmi rozmawiać, żeby nikogo nie urazić, dlatego rady jego były trafne i bardzo skuteczne. Wiele razy był też przedstawicielem mieszkańców wsi Długie w delegacjach z problemami wysuwanymi do władz gromadzkich. Przez wiele kadencji był radnym w Gromadzkiej Radzie Narodowej w Czarni oraz członkiem Rady Sołeckiej w Długiem.

 Mile wspominam różne, dyskusje, bajki i ludowe opowieści o dawnych czasach, które często słuchałem siedząc przy piecu w długie jesienno – zimowe wieczory. Do dziś pamiętam ciekawe opowieści o miejscach, w których straszyło w naszej wsi, o ciężkich przedwojennych, wojennych i powojennych czasach, o wywiezieniu wszystkich mężczyzn z Bandyś do obozu koncentracyjnego w Sztutowie, gdzie ich zamordowano. Wśród zabranych był również mój ojciec, który cudem uniknął wywiezienia. Mama do dziś wspomina i opłakuje swoich braci, którzy właśnie ze Sztutowa już nie wrócili, podobnie jak stu innych mężczyzn.

Jedna z ciekawszych opowieści, którą ojciec wiele razy mi opowiadał, to historia rodziny Kuczyńskich. Często siadywał przy piecu, brał mnie na kolana i mówił – „Synu tera to ty mas dobrze, nicego ci nie brak, a ja w twoich latach tom bziede cierpsiał. Glonek chleba suchego się wzieno na cały dzień i posło się do pasienia krów. Casani ściaziu się urwało, abo kartofli upsiekło i to cale urozmaicenie jedzenia. Kiedy ja niałem osiemnaście lat, to wazułem tylo 48 kg .Za pare grosy to się u gospodarza kose ciągneno cały dzień, a casani to i za samo jedzenie się robziło.”

Pewnego razu ojciec przeczytał w ogłoszeniach Rycerza Niepokalanej, że poszukuje się ludzi do pracy w różnych zawodach w Zakonie Franciszkanów w Niepokalanowie. Postanowił z kolegami, że pójdą w świat za chlebem, szukać pracy, żeby pomóc swoim rodzinom. I tak ojciec Józef Kuczyński wraz z Piotrem Koziatkiem i Bolesławem Dawidczykiem wyruszyli pieszą do Niepokalanowa. Daty wymarszu nie znam, ale wiem , że było to na początku lat trzydziestych. Potwierdza to moja mama, której tata również opowiadał o tamtych czasach.

Pobyt w Niepokalanowie zawsze był mile przez tatę wspominany. Mówił – nareszcie raz na raz jedzenie, ciekawe zajęcia i ciekawi ludzie, szanujący się i pomagający sobie nawzajem.

Niczym prawie się nie różniliśmy – i pracownicy fizyczni i zakonnicy. Nosiliśmy wszyscy jednakowe habity, wszyscy też byliśmy ostrzyżeni na łyso.

Przy każdej opowieści o tamtych czasach nigdy nie zapomniał wspomnieć ojca Maksymiliana Kolbe. Szczególnie jeden epizod z ojcowych opowieści dokładnie zachował się w mojej pamięci, kiedy to Maksymilian Kolbe uczył mojego ojca jeść pomidory.

Tata nigdy wcześniej nie jadł pomidorów, tak też i tu, kiedy były podawane, zawsze zostawiał je na talerzu. Wreszcie zauważył to Maksymilian Kolbe. Podszedł spokojnie do mojego ojca, pochylił się do ucha i cicho zapytał: - „ Czemu synu nie jesz, czy ci nie smakują? Pomidory są zdrowe, jedz to i ty będziesz zdrowy.” Wtedy – mówił ojciec- Kolbe pokroił pomidora na plasterki, każdy posypał solą i pieprzem, pokropił octem i powoli podawał mi widelcem do buzi. Jedz wolno– mówił – podsuwaj pomidor językiem do podniebienia, żeby obudził ci się smak. Nie śmiałem odmówić – mówił dalej ojciec - ale o dziwo pomidor był bardzo smaczny. Od tamtej pory pomidory były dla taty nie tylko wielkim przysmakiem, ale i wspomnieniem o ojcu Maksymilianie Kolbe.

Z bratem Zenonem spotkał się mój ojciec w niepokalanowskiej drukarni. Pracowali przy tych samych maszynach, które drukowały Rycerza Niepokalanej. Ojciec był tam pracownikiem fizycznym – podstawiał matryce, odbierał i układał wydrukowane Rycerze Niepokalanej, wykonywał również drobne naprawy maszyn drukarskich oraz sprzątał. Tata i Brat Zenon znali się dobrze bo pamiętali siebie z czarnieńskiej parafii. Nie wiem jak długo razem pracowali, nie wiem też kiedy ostatni raz widzieli się w Niepokalanowie. Tata zmarł w 1976r.Piotr Koziatek też już nie żyje. Miejsca zamieszkania Bolesława Dawidczyka nie znam. Teraz niema już nikogo, kto mógłby szczegółowo opowiedzieć mi o tamtych czasach.

Kiedy wybuchła II wojna światowa tata wrócił z kolegami do domu.

Gdy Niemcy byli już blisko Niepokalanowa, Maksymilian Kolbe – wspominał ojciec – zwołał zebranie, na którym wygłosił do nas ostatnie kazanie. Nakłaniał wszystkich aby wrócili do domu, jakby przeczuwał, że wkrótce nadejdzie zagłada Niepokalanowa. Tylko ci, którzy, sami tego chcieli, mogli zostać. Pracownicy fizyczni wszyscy opuścili klasztor, odeszło też wielu zakonników, którzy nie złożyli ślubów.

Kiedy Brat Zenon odwiedził swe rodzinne strony, pamiętam byłem wtedy w trzeciej klasie szkoły podstawowej, to było w dniu odpustu Świętego Rocha w 1971r.Tata wiózł mnie na odpust na rowerze. Wtedy jeszcze nie wiele było we wsi rowerów, ale pieszą już mało kto chodził. Do kościoła, prawie wszyscy jeździli wozami konnymi, ale na naszej 3,5 ha gospodarce trudno było utrzymać konia, wiec tata „dźwigał” mnie wiele razy na „ramie” po piaszczystej drodze leśnej na niedzielne msze święte.

Tata wiedział , że tego dnia będzie Brat Zenon, bo przez całą podróż opowiadał mi o nim. Mówił, że będzie jakiś człowiek z Japonii, że ma długą brodę , i że jest zakonnikiem, który razem z nim przebywał w Niepokalanowie. Nie mogłem się doczekać kiedy wreszcie dojedziemy, żeby zobaczyć ową tajemniczą postać.

Do Czarni zajechaliśmy na około 20 minut przed sumą. Przed kościołem było już dużo ludzi. Brat Zenon chodził wokół kościoła i rozmawiał z parafianami. Tata zostawił mnie na moment z moimi kolegami przy odpustowych straganach a sam pobiegł by przywitać się z Zenonem.

Po mszy, pamiętam jak ojciec mocno trzymał mnie za rękę, żeby nie rozdzielić się w tłumie. Razem przeciskaliśmy się przez ludzi aby szybciej dotrzeć do Zenona, który stał obok figury Matki Bożej przy kościelnej bramie. Zenon rozmawiał z ludźmi, podawał rękę na powitanie, ściskał dzieci, głaskał je po głowie i rozdawał cukierki. Kiedy dotarliśmy wreszcie do Zenona, pamiętam to jego pierwsze spojrzenie na mnie i zapytanie do ojca – „to twój chłopak?”. Tata dumnie potwierdził. Zenon znał go z widzenia, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd. Rozmowy miedzy nimi szczegółowo nie pamiętam, ale na początku tata przypominał Zenonowi gdzie pracował w Niepokalanowie. Czterdziestoletnia przerwa prawie wymazała mojego ojca z jego pamięci. Z resztą w Niepokalanowie tata był bardzo szczupły, mizernej postury a przed Zenonem stał dobrze zbudowany, krępej budowy człowiek. Kiedy w końcu się dogadali uśmiechnęli się do siebie. Ja schowany za tatę tylko czasami wyglądałem spod jego marynarki. Pamiętam, twarz Zenona była jakaś ciemna z dużą ilością zmarszczek. Myślałem – może to Cygan.

Dodatkowego strachu napędzała mi jego długa siwa broda. Dokładnie tak samo wyobrażałem sobie „dziada”, którym straszono u nas dzieci. Rodzice często mówili „jek będzies nie dobry to przyjdzie dziad z brodą i cie weźnie”. Starałem się być grzeczny i potulny, żeby Zenon nie zwracał na mnie uwagi, ale on wyciągnął do mnie rękę i przygarnął do siebie, z torby wyjął garść cukierków i włożył mi do kieszeni marynarki. Czułem się wyróżniony i jakby bardziej doceniony od innych dzieci. Wtedy też przełamałem strach przed dziwnym nieznajomym, który paraliżował mi mowę – grzecznie odpowiedziałem – dziękuję. On się uśmiechnął, serdecznie spojrzał na mnie, jeszcze raz przytulił i uścisnął rękę.

Nasze spotkanie dobiegło końca. Tata i Zenon podnieśli prawe dłonie w geście pożegnania, pokłoniliśmy się do siebie i poszliśmy. Po naszym odejściu do Zenona zbliżali się nowi ludzie, a on ze wszystkimi rozmawiał, podawał rękę i rozdawał cukierki.

Długo nie mogłem wypowiedzieć słowa z wrażenia jakie pozostawiło na mnie spotkanie z Bratem Zenonem. Był on dla mnie wtedy jak istota z innej planety, jak zjawa z obcego świata. Szczególnie wyraz jego twarzy bardzo dobrze wyrył się w mojej pamięci, zawsze kiedy wspominam tamte spotkanie, widzę na początku przed oczami jego twarz.

Lata płynęły, ja dorastałem, coraz bardziej interesowałem się przeszłością mojej rodziny, regionu, w którym żyję, jego kulturą i tradycjami. Po śmierci ojca zostały mi w spadku jego książki, czasopisma i rożne pamiątki. Szczególnie cenne są dla mnie Rycerze Niepokalanej sprzed wojny, które tata przyniósł z Niepokalanowa. W wielu z nich są artykuły o błogosławionym już dziś ojcu Maksymilianie Kolbe i o Bracie Zenonie. W jednym Rycerzu, jak również w książce pt. „Szaleniec Niepokalanej” jest zdjęcie braci zakonnych z ogolonymi głowami, wśród których rozpoznaję mojego ojca.

Kiedy więc dwa lata temu nasz proboszcz ksiądz Wacław Nowacki wysunął pomysł uczczenia w jakiś sposób przez naszą parafię setnej rocznicy urodzin Brata Zenona, naszego wielkiego rodaka, odżyły moje wspomnienia o trudnych latach przedwojennych mojej rodziny, o pobycie mojego ojca w Niepokalanowie i o naszym spotkaniu z Bratem Zenonem.

Chciałem w jakiś sposób przyczynić się do uczczenia pamięci tamtych chwil i ocalenia ich od zapomnienia. Wiedziałem, że muszę pomóc uwiecznić historię o Bracie Zenonie, która w jakiś sposób wiąże się również z moją rodziną i ze mną samym.

W grudniu ubiegłego roku opracowałem program pn. „Patron Malej Ojczyzny”, w którym spisałem rożne przemyślenia, w początkowej fazie księdza proboszcza i moje, a następnie i innych osób odnośnie propozycji uczczenia setnej rocznicy urodzin Brata Zenona. Program ten jest powoli realizowany a ja mam świadomość, że wychowanie moich rodziców nie poszło na marne, że historia, tradycje rodzinne i regionalne są pielęgnowane i przekazywane następnym pokoleniom.

Dzieci moje – jedenastoletnia Partycja i dziewięcioletni Cezary znają już postać Zenona z moich opowieści, recytują o nim wiersze, czytają artykuły prasowe. Wiedzą jak żyli ich dziadkowie i jakimi byli ludźmi.

 Razem tworzymy dalszą historię swojej rodziny, parafii, regionu i ojczyzny. Opowiadamy innym o Bracie Zenonie.

 

Witold Kuczynski  Czarnia – sierpień – 1998 r.